Miasto w ruchu: jak i po co być aktywnym?

Wystawa „Miasto w ruchu", Warszawski Pawilon Architektury ZODIAK — do 22 listopada

Sto lat temu warszawiacy uczyli się pływać w nurcie Wisły, trzymani na sznurku jak na wędce. W międzywojniu wzdłuż rzeki działało kilkadziesiąt przystani wioślarskich z pływającymi basenami, zimą jeździło się na łyżwach na osiedlowych sadzawkach, a na Skarpie Warszawskiej kwitło narciarstwo. Dziś mamy więcej klubów fitness i aplikacji treningowych niż kiedykolwiek — a statystyczny Polak przeznacza na aktywność fizyczną dwadzieścia minut dziennie, wliczając w to spacer.

Czy to my przestaliśmy się ruszać, czy raczej zbudowaliśmy sobie miasto, w którym ruch przestał się zdarzać sam z siebie? Pytanie brzmi jak temat dla lekarzy albo trenerów, a okazuje się pytaniem stricte urbanistycznym: o geografię, o plany miejscowe, o to, kto ma klucz do bramy boiska po godzinie szesnastej.

W rozmowie z dr Moniką Wróbel — architektką, urbanistką, wiceprezeską Fundacji Skwer Sportów Miejskich i kuratorką wystawy „Miasto w ruchu" — przyjrzeliśmy się miastu z perspektywy, której w debacie o architekturze prawie nie ma: z perspektywy tego, jak poruszają się w nim nasze ciała.

Ruch jako ukryta warstwa projektowania

Skwer Sportów Miejskich działa od piętnastu lat — najpierw jako nieformalny kolektyw sportowców, architektów i socjologów, od dekady jako fundacja. Jej praca wyprzedza pracę architektów: to etap, na którym razem z miejskimi inwestorami ustala się, jak dana przestrzeń ma w ogóle funkcjonować. Wystawa stała się okazją, żeby sprawdzić hipotezę, z którą zespół zaczynał — że projektowanie dla ruchu jest stałym, choć ukrytym elementem myślenia o mieście.

Monika mówi o tym w kategoriach dalekich od sportu wyczynowego. „Ruch może stać się naszą nową supermocą, jeśli chodzi o mierzenie się z wyzwaniami współczesności" — starzejącym się społeczeństwem, epidemią samotności i problemów psychicznych, siedzącym trybem życia, który zaczyna się na kanapie, przechodzi w fotel samochodu i kończy przy biurku. I nie jest to metafora, tylko biologia: „po prostu lepiej myślimy, kiedy nasze ciało jest w ruchu".

Geografia jako infrastruktura

Warszawa uchodzi za miasto płaskie. Dopiero przy bliższym rozpoznaniu widać formację, wokół której organizował się jej rozwój — Skarpę Warszawską. A w mieście postrzeganym jako płaskie każda różnica wysokości staje się zasobem.

Wisła była kręgosłupem pierwszych usystematyzowanych form aktywności: jedne z pierwszych towarzystw sportowych były towarzystwami wioślarskimi, a przystaniom towarzyszyły pływające baseny i szkółki pływackie. Skarpa dała to, czego potrzebują sporty grawitacyjne — kwitło na niej narciarstwo, które zanikło dopiero wtedy, gdy wyjazdy w góry stały się powszechnie dostępne. Dziś ta sama różnica wysokości wraca w nowej roli, wraz z kulturą sportów rowerowych, dla której Górka Kazurka na granicy Lasu Kabackiego jest miejscem kultowym. Jest w tym też odpowiedź na zmianę klimatu: ośrodki narciarskie w Alpach i Beskidach mają drugie, letnie życie jako centra downhillu i MTB, a entuzjaści chcą jeździć również u siebie. Niemal wszystkie antropogeniczne wzniesienia Warszawy — kopce usypane z jej własnych gruzów — są wykorzystywane sportowo.

Warunki naturalne to jednak tylko punkt wyjścia. O tym, czy pozostaną dostępne, decyduje planowanie: parki kultury, warszawskie ośrodki wypoczynku czy Powsin wymagały świadomego rezerwowania terenów pod rekreację.

Warszawski basen otwarty

Co zniknęło i dlaczego

Krajobraz sportowy Warszawy zmienił się w ciągu stu lat dwukrotnie i za każdym razem z powodów, które ze sportem nie miały nic wspólnego. Nadwiślańskie przystanie zniszczyła druga wojna światowa i w tej skali nigdy się nie odrodziły. Odbudowa przyniosła inny model: wielkie rezerwy zieleni i parki kultury. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte — między innymi dzięki wolnym sobotom — nasyciły miasto basenami plenerowymi ze słonecznymi tarasami i betonowymi zjeżdżalniami, których zdjęcia dopiero teraz wracają jako ikony epoki.

Drugą cezurą była transformacja. Kluby przejęły majątek, ale nie dostały finansowania, które wcześniej płynęło z zakładów przemysłowych. Brak pieniędzy, postępująca degradacja i fakt, że w latach dziewięćdziesiątych zajmowaliśmy się budowaniem kapitalizmu, sprawiły, że rozległe tereny sportowe zaczęto traktować jako zasób ekonomiczny — obcinany po kawałku i wydzierżawiany. W tym samym czasie z osiedli znikały nie tylko brodziki, ale i ławki. Dlatego odzyskanie Skry przez miasto i trwająca modernizacja stadionu są dla Moniki ważnym sygnałem: kultowe obiekty da się mieszkańcom przywrócić, choć trwa to latami i toczy się w sądach.

Sport jako pretekst do wspólnoty

Najmocniejszym wątkiem naszej rozmowy okazało się jednak coś innego niż infrastruktura. Na wystawie zespół pokazuje instalację, w której o sobie opowiadają warszawskie grupy sportowe — biegowe, korfbolowe, supowe. To nie jest opowieść o dyscyplinach, tylko o wspólnotach: o tym, że ludzie spotykają się regularnie, żeby być ze sobą fizycznie, „analogowo".

Monika przypomina, że tak właśnie zaczynał się sport powszechny: pierwsze towarzystwa sportowe spotykały się również po to, żeby śpiewać w chórze, wydawać gazetki o swoim sporcie i pisać poezję o jeżdżeniu na rowerze. „Nie chodziło tylko o wspólne ćwiczenie, ale o bycie razem, o budowanie kultury." Dziś wraca to w nowej formie — kluby biegowe przy kawiarniach bywają półżartem nazywane nowym Tinderem, bo sport znów jest pretekstem, żeby się poznać.

Futbolocentryzm, czyli kto nie mieści się na boisku

Bariery rzadko mają jedną przyczynę: to mieszanka braku czasu, dostępności obiektów i konkurencji ze strony świata cyfrowego, tak dobrze zaprojektowanego, że rodzicom trudno zaproponować dzieciom cokolwiek równie łatwego. Ale część barier tworzymy sami, przy desce kreślarskiej. Ośrodek, w którym rodzice czekający na trening dziecka stoją pod ogrodzeniem ze smartfonem w ręku, bo nie ma dla nich żadnej oferty ruchu, to stracona szansa — podobnie jak boisko za wysokimi piłkochwytami, kojarzące się wyłącznie z rywalizacją.

W projekcie towarzyszącym wystawie Ewelina Jaskulska ukuła termin futbolocentryzm — skłonność do myślenia o przestrzeni sportowej przez pryzmat jednej, bardzo terenochłonnej dyscypliny. Pilotażowe badanie boisk pokazało, co to znaczy w praktyce: po lekcjach boiska żyją, ale dominują na nich chłopcy i mężczyźni. Dziewczynki pojawiały się tam kilkukrotnie częściej pod opieką dorosłych niż same i rzadziej uprawiały sport — raczej spędzały czas na obrzeżach boiska wypełnionego chłopakami. Gotowej recepty nie ma nikt; z tym samym problemem mierzy się nawet słynąca ze świetnego designu Kopenhaga. Kierunek jest jednak jasny: infrastruktura dla tańca i gimnastyki, a także ta pozornie niesportowa — ławki i leżaki, przy których można być w grupie i dopiero oswoić się z przestrzenią sportu.

Otwarte boiska: nisko wiszący owoc

Zapytana o jedną rekomendację dla Warszawy, Monika nie wskazała żadnej nowej inwestycji, tylko to, co już mamy. Szkoły są doskonale rozmieszczone w strukturze urbanistycznej miasta — są tam, gdzie mieszkają ludzie — i dysponują sporą, zagospodarowaną sportowo przestrzenią. Warszawski program Otwartych Boisk, prowadzony przez Biuro Edukacji, daje dyrekcjom narzędzia do udostępniania ich po lekcjach, ale wciąż nie jest to praktyka powszechna.

Potraktowanie boisk szkolnych jako zasobu wspólnego — miejsca organizującego aktywne życie sąsiedztwa w zasięgu kilkunastu minut od domu — to według Moniki największa szansa nie tylko dla Warszawy, ale dla wszystkich polskich miast.

Przestrzeni dla ruchu trzeba pilnować w dokumentach

Jest też wątek dużo mniej kolorowy. Wraz z reformą planistyczną po raz pierwszy dokument wyższego rzędu nie zabezpiecza terenów przeznaczonych stricte pod funkcję sportową: tam, gdzie w studium uwarunkowań były „plamy" terenów sportu i rekreacji, dziś mamy tereny wielofunkcyjne, a ich przeznaczenie rozstrzyga się dopiero w planach miejscowych. Dla samorządów to konkretne zadanie — dopilnować, żeby tereny mające funkcję sportową nie utraciły jej na rzecz hoteli czy osiedli. „Przestrzeń jest naszym niezwykle cennym zasobem i tę przestrzeń dla ruchu musimy chronić" — mówi Monika, przypominając, że raz przeznaczonej na inną funkcję przestrzeni bardzo trudno jest odzyskać.

Drugie napięcie przebiega między rekreacją a ochroną przyrody. Nie każdą przestrzeń trzeba wykorzystywać z równą intensywnością: na Polu Mokotowskim działają strefy zamierzonej dzikości, wygrodzone czasem zwykłym warkoczem z chrustu, które projektowym sygnałem mówią „tutaj nie wchodźmy". Nowych przestrzeni sportu warto natomiast szukać na terenach poprzemysłowych. A sami użytkownicy bywają najlepszymi sojusznikami zieleni: „sportowcy mogą być wspaniałymi adwokatami przyrody" — bo jeśli marzymy o pływaniu w Wiśle, Wisła musi być czysta. Podobnie Monika czyta oddolne miejscówki DIY, od kultowego Szaber Bowlu pod Mostem Poniatowskim po skate'owe spoty: jeśli jakaś grupa organizuje sobie przestrzeń za własne pieniądze, to znaczy, że miasto nie ma dla niej oferty — i jest to pretekst do dialogu, a nie do interwencji.

Ruch to moc

Wystawę „Miasto w ruchu" można oglądać w Pawilonie ZODIAK do 22 listopada: przed pawilonem zagracie w ping-ponga, w środku zobaczycie, jak architektura i planowanie pomagają nam być aktywnymi, a czasem skutecznie w tym przeszkadzają.

Znamy od lat hasło „sport to zdrowie", które dla wielu osób brzmi dziś jak zaproszenie do rywalizacji, w której nie chcą startować. Monika proponuje w zamian inne: ruch to moc. I to jest chyba najlepsze podsumowanie tej rozmowy: aktywność fizyczna nie jest dodatkiem do miejskiego życia ani nagrodą dla wytrwałych, tylko podstawową infrastrukturą społeczną — a o tym, czy z niej skorzystamy, rozstrzyga się w planach miejscowych i na furtce boiska szkolnego.

Odcinek powstał we współpracy z Warszawskim Pawilonem Architektury - ZODIAK.


Obejrzyj nasz odcinek:

Next
Next

Czy potrafimy myśleć o mieście na 25 lat?