Czy miasta są jeszcze do życia, czy głównie do inwestowania?
W najnowszym odcinku Urbcast rozmawiam z Grzegorzem Piątkiem — architektem z wykształcenia, pisarzem, autorem książek o architekturze i mieście, w tym najnowszej „Świątynia i śmietnik”. Punktem wyjścia była właśnie ta publikacja, ale rozmowa była o szerszym kontekście: kryzysie mieszkaniowy, gentryfikacji, architekturze codzienności, roli samorządów i kondycji polskiej debaty o mieście.
To rozmowa o tym, czy miasta są dziś projektowane z myślą o mieszkańcach, czy raczej z myślą o kapitale, marketingu i krótkim efekcie wizualnym.
Miasto 15-minutowe bez mieszkań dostępnych cenowo jest tylko półprawdą
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest krytyczne spojrzenie na popularną dziś ideę miasta 15-minutowego. Sama koncepcja jest atrakcyjna: codzienne usługi w zasięgu spaceru, bliskość szkoły, sklepu, przychodni i zieleni, mniej zależności od samochodu, więcej wygody. Tyle że — jak zauważa Grzegorz — w polskiej debacie bardzo często zapomina się o podstawowym komponencie: mieszkaniu.
To właśnie tu pojawia się zasadniczy problem. Dzielnice dobrze urządzone, zielone, spokojniejsze, z coraz lepszą przestrzenią publiczną, stają się jednocześnie coraz droższe. Jeśli zostawi się je wyłącznie mechanizmom rynkowym, szybko zamieniają się w przestrzenie selektywne społecznie. Korzyści z publicznych inwestycji — nowych ulic, drzew, szkół, uspokojenia ruchu — są wtedy przechwytywane przez właścicieli nieruchomości, landlordów i inwestorów. Mieszkańcy o niższych dochodach zostają wypchnięci dalej.
To bardzo trzeźwe spojrzenie na gentryfikację: nie tylko jako problem moralny czy symbol niesprawiedliwości, lecz także jako zjawisko ekonomicznie niegospodarne. Samorządy finansują poprawę jakości miasta, ale nie zabezpieczają jego społecznej dostępności. W efekcie inwestują publiczne pieniądze w przemiany, których długofalowe zyski prywatyzuje rynek.
A więcej o temacie miasta 15-minutowego:
„To nie jest do mieszkania, tylko to jest do kupienia”
Jeśli z całej rozmowy miałoby zostać jedno zdanie, to właśnie to. Grzegorz nazywa w nim precyzyjnie istotę polskiego modelu produkcji mieszkań: współczesna mieszkaniówka zbyt często nie jest projektowana jako przestrzeń życia, lecz jako produkt inwestycyjny.
Liczy się lokalizacja, liczba metrów i obraz, który da się sprzedać. Elewacja ma dobrze wypaść w materiałach marketingowych. Rzut ma zmieścić jak najwięcej PUM-u. Wizualizacja ma przekonać nabywcę, zanim jeszcze budynek powstanie. Znacznie rzadziej punktem ciężkości staje się pytanie o to, czy będzie tam dobre światło, przewietrzanie, rozsądna wysokość, sensowny widok z okna i zwyczajna wygoda życia.
To nie jest tylko krytyka estetyzacji architektury. To diagnoza systemu, w którym mieszkanie stało się nośnikiem kapitału, a nie podstawowym dobrem społecznym. Nic dziwnego, że wielu architektów pracujących przy tego typu projektach ma poczucie zawodowej frustracji. Nie projektują przestrzeni dla mieszkańca, lecz opakowanie dla transakcji.
A przecież mieszkanie jest jednym z najbardziej podstawowych elementów infrastruktury społecznej miasta. Bez niego wszystko inne — transport, usługi, zieleń, szkoły — zaczyna się chwiać.
Świątynia i śmietnik, czyli dlaczego codzienność też zasługuje na jakość
Tytuł najnowszej książki Grzegorza Piątka nie jest przypadkowy. „Świątynia” symbolizuje to, co reprezentacyjne, prestiżowe, odświętne i historycznie uprzywilejowane w myśleniu o architekturze. „Śmietnik” oznacza z kolei to, co codzienne, użytkowe, niepozorne, często niedostrzegane. Między tymi biegunami zawiera się całe doświadczenie miasta.
Sedno tej książki — i ważna część naszej rozmowy — polega na przesunięciu uwagi. W stronę architektury zwyczajnej: szkół, żłobków, toalet publicznych, budynków technicznych, mieszkań, infrastruktury dnia codziennego. To właśnie tam rozstrzyga się jakość miasta, choć to nie te obiekty trafiają zwykle na okładki magazynów.
Grzegorz stawia tu ważną tezę: nie chodzi o to, by architektura była wyłącznie funkcjonalna i zgrzebna. Chodzi o to, by żądać jednocześnie funkcjonalności i jakości. Polska zbyt łatwo godzi się na biedowanie w sferze publicznej i zbyt szybko uznaje porządną architekturę codzienną za zbędny luksus.
Świetnym przykładem są toalety publiczne. W polskiej debacie łatwo rozpętać skandal wokół ich kosztu. Tymczasem z perspektywy miejskiej są one elementem elementarnej godności i dostępności. Służą tysiącom ludzi, latami, w przestrzeni wspólnej. To nie ekstrawagancja, tylko infrastruktura. Problem polega na tym, że nadal patrzymy na nią jak na wstydliwe zaplecze, a nie jako część jakości miasta.
Debata o architekturze psuje się od pośpiechu
Drugim mocnym wątkiem rozmowy jest krytyka sposobu, w jaki dziś rozmawiamy o architekturze. Grzegorz trafnie zauważa, że architektura cierpi dziś na te same choroby co cała sfera publiczna: pośpiech, powierzchowność i nerwową potrzebę natychmiastowej opinii.
Media społecznościowe nie premiują namysłu. Premiują szybki sąd, ostrą reakcję, prosty podział na hit albo kit. W architekturze ten problem jest szczególnie dotkliwy, bo budynki żyją w czasie. Jedno zdjęcie nie mówi nic o tym, jak działa światło w środku, jak przestrzeń funkcjonuje zimą, jak starzeje się materiał, jak budynek znosi codzienne użytkowanie.
To dlatego tak cenna jest propozycja myślenia o architekturze nie tylko w momencie premiery, ale także po latach. Budynki i przestrzenie publiczne powinno się oceniać również z dystansu: po dwóch, pięciu, dwudziestu latach. Wtedy dopiero widać, czy architektura naprawdę działa, czy tylko dobrze wyglądała na początku.
W tym sensie architektura nie kończy się w dniu przecięcia wstęgi. Tak naprawdę dopiero wtedy się zaczyna.
Polskim miastom najbardziej brakuje planowania i koordynacji
W ostatniej części rozmowy wracamy do pytania o przyszłość. Czego dziś najbardziej brakuje polskim miastom?
Odpowiedź Grzegorza jest jednoznaczna: planowania, koordynacji i bezpieczników, które pozwoliłyby odróżnić rozwój od bezrefleksyjnego wzrostu. To bardzo ważne rozróżnienie. Miasta mogą rosnąć, a jednocześnie stawać się mniej wydolne, droższe w utrzymaniu i bardziej rozproszone.
Rozlewanie się zabudowy to nie tylko problem estetyczny czy środowiskowy. To także problem finansowy. Rozproszona urbanizacja oznacza konieczność nieustannego doprowadzania infrastruktury: szkół, dróg, kanalizacji, transportu, oczyszczalni. Samorządy wchodzą wtedy w kosztowny pościg za prywatną parcelacją. Jak mówi mój rozmówca, to są dla nich często „betonowe buty”.
Dlatego tak istotne jest myślenie nie tylko w granicach jednej gminy. Miasto nie kończy się przecież na administracyjnej kresce. Warszawa, Trójmiasto i wiele innych obszarów funkcjonalnych potrzebują planowania w skali regionalnej, a nie wyłącznie lokalnej. Inaczej każda jednostka będzie optymalizować tylko własny interes, a koszty chaosu będą rozlane na wszystkich.
Miasto to nie kawiarniany obrazek
W rozmowie pojawia się też ciekawa krytyka bardzo modnego wyobrażenia miasta: pełnego życia deptaka, kawiarnianego stolika, ciągłej vibrancy. Grzegorz słusznie przypomina, że to obraz niepełny. Miasto nie składa się wyłącznie z czasu wolnego i konsumpcji. Jest też miejscem pracy, dojazdu, mieszkania, starzenia się, wychowywania dzieci, fizjologii i zwykłej logistyki życia.
Zbyt często idealne miasto przedstawia się jako ładnie sfotografowaną scenę. Tymczasem dobre miasto musi działać nie tylko w czerwcu przy słońcu, ale także w listopadzie, rano, wieczorem, zimą, dla dzieci, seniorów, osób o mniejszych dochodach i tych, którzy nie przychodzą do centrum po estetyczne doświadczenie, lecz po prostu żyją.
Miasto trzeba projektować dla życia, nie dla efektu
Rozmowa z Grzegorzem Piątkiem wybrzmiewa bardzo jasno: polskie miasta nie potrzebują dziś wyłącznie kolejnych ikon, rankingów i efektownych obrazów. Potrzebują powrotu do rzeczy podstawowych — ale nie w sensie banalnym. Potrzebują myślenia o architekturze i urbanistyce jako o narzędziach organizowania codziennego życia.
To oznacza dostępne mieszkania. To oznacza lepszą architekturę codzienności. To oznacza planowanie w skali większej niż jedna działka i większej niż jedna kadencja. To oznacza też odwagę, by zadać niewygodne pytanie: dla kogo właściwie dziś budujemy miasto?
Bo jeśli odpowiedź brzmi „dla kapitału”, to nawet najlepiej zaprojektowana ulica, plac czy budynek nie rozwiążą problemu. Miasto pozostanie ładnym obrazem. A przecież powinno być przede wszystkim sensownym miejscem do życia.
Obejrzyj nasz odcinek:
📚 Polecenia odcinka:
Grzegorz Piątek, Świątynia i śmietnik